I. Światło w Nimnaros

ODPOWIEDZ
Bubeusz
Posty: 1444
Rejestracja: 2021-06-13
Karta postaci:
Ahn'thybana
Obrazek

Pan Kadani był wyjątkowo podekscytowany, kiedy wrócił do swojej pracowni. Ahn'thybana podniosła z zaciekawieniem głowę znad papierów.
- Witaj, panie - rzekła, unosząc lekko brwi, lecz on zignorował jej słowa. Lekko zdyszany podbiegł do jej biurka i zaczął grzebać po kieszeniach.
- Ancia, przynieś mi "Spirytualia", natychmiast - zarządził w międzyczasie. Kobieta wstała powoli z krzesła, przyglądając mu się z niepokojem. W końcu znalazł mały przedmiot i wyciągnął go. Fiolka błysnęła w świetle świec złotymi zdobieniami. Była niewielka, kulista, miała zatyczkę w kształcie klucza.
- Co to? - spytała Meharka, nie mogąc oderwać wzroku od przedmiotu.
- Nie gap się, tylko idź po księgę! Nie wyraziłem się jasno? - Zganił ją Kadani, sam jednak wciąż obracał w palcach znalezisko. - Czy ty w ogóle wiesz, co ja trzymam? - Zadał idiotyczne pytanie. - Ile za to dadzą w Złotej Sieci? Ten frajer odsprzedał mi... bogactwo! Jeśli oczywiście się nie mylę. Ale żeby sprawdzić, czy się nie mylę, potrzebuję...

Księga wylądowała na biurku. Ahn'thybana otrzepała ręce z kurzu, bowiem, żeby ją dostać, musiała wspiąć się na najwyższą, najbardziej zakurzoną półkę ich biblioteczki.
- Taak, właśnie tego. - Nie podziękowawszy, Kaban zajął jej krzesło i zaczął wertować "Spirytualia". Odłożył artefakt nieopodal, który natychmiast przyciągnął wzrok czarodziejki.

I wtedy poczuła pierwszą igiełkę niepokoju, jaka powoli zagłębiła się w jej serce.
- Co to jest, powiedzże wreszcie - ponagliła mistrza.
- Kur-kurorum - odparł zniecierpliwiony, przewracając kolejne kartki. - TO. - Stuknął palcem w księgę, kiedy w końcu znalazł właściwe miejsce.
Jej oczom ukazała się stara, poblakła stronica, na której narysowano podobny egzemplarz. Był nieco mniej zdobiony, ale schemat działania miał ten sam. Okrągła fiolka i nakrętka w kształcie końcówki od klucza. Niestety, księga była napisana w języku Xju, którego Ahn'thybana akurat nie znała, więc opisy towarzyszące rycinie nic jej nie mówiły. Widziała jednie strzałki, sugerujące ruch obrotowy i poświatę wokół końcówki artefaktu.

Pukanie.
- Cholera, ta baba od torgaskiego kopru - przypomniał sobie Kadani. - Miała przyjść dziś z dostawą.

Starzec wstał z krzesła i zniecierpliwiony ruszył w stronę schodów.
- Zaczekaj tu, raz dwa to odbiorę i wrócimy do rozmowy.

Ancia czekała. A Kur-kurorum lśniło w blasku świec jakby złoto, z którego były zrobione ornamenty wokół fiolki, sprowadzono z zupełnie innego świata.

Nie wytrzymała. Wzięła przedmiot do ręki. Ku jej zaskoczeniu był lekki jak piórko. Potrząsnęła fiolką. Pusto? O to tyle rabanu? Zastanowiła się. Jeśli ktoś sprzedaje ci coś dużo poniżej swojej wartości, to albo jest to nędzna podróba, albo wiążą się z tym... inne komplikacje?

Zduszone charczenie Kadaniego z dołu. Jakieś dziwne syki. Szuranie o podłogę. Stukot. Cisza.

To chyba jednak nie była baba z koprem.
Dziewczyna nie zastanawiała się długo. Chwyciła księgę pod pachę i ściskając mocno Kur-kurorum w ręce, wybiegła na balkon. Mieli duży taras połączony z ogrodem, więc zgrabnie zbiegła po krętych schodkach do atrium i zniknęła w przejściu prowadzącym z ogródka zielnego do kuchni. A stamtąd korytarzem dla służby wypadła na ulicę.
Zamknęła drzwi i szybkim krokiem ruszyła przed siebie, mając nadzieję, że po jej twarzy nie widać, jak bardzo jest spanikowana. Przez chwilę czuła tylko bicie własnego serca i pulsowanie krwi w zaciśniętej mocno pięści.

Szła niczym w transie, gnana siłami, które krążyły wokół niej jak cienie i paraliżowały jej zmysły. Szła, gnana przemożnym strachem. Nie potrafiła myśleć. Nie miała pojęcia, dokąd idzie. Nie wiedziała nic - ani co robić, ani co się wydarzyło, ani co trzyma w ręce.

Ani, że jest na kursie kolizyjnym.

Niespodziewane uderzenie w człowieka, który wypadł z bocznej uliczki, zwaliło ją z nóg. Upuściła księgę i artefakt, który z brzęknięciem spadł na twardy bruk i potoczył się gdzieś do rynsztoku.

Ocknęła się.

Awatar użytkownika
Szary Pies
Posty: 103
Rejestracja: 2022-09-13
Karta postaci:
Szary Pies
Szary Pies kończył właśnie sączyć trzecie piwo w Tawernie Pod Zgaszonym Ogniaczem. Był to wyjątkowo obskurny lokal, położony w wyjątkowo obskurnej części NImnaros. Trunki również były paskudne. Podobnie zresztą jak mordy bywalców tego przybytku.

Dwie niewiasty, które właśnie przekroczyły próg były jednak zupełnie inne. Zwłaszcza ta wyższa. Szary doskonale widział jej twarz w świetle jednej z niewielu pochodni w lokalu. Stary wojownik widział w swoim życiu sporo piękniejszych kobiet, musiał jednak przyznać, że nowo przybyła miała w sobie coś co go niezwykle pociągało. Nie była najmłodsza, miała pewnie koło czterdziestu lat. Jej gęste, kasztanowo-rude włosy były gdzieniegdzie przeplatane siwizną, zaś twarz ,choć nadal bardzo miła oku, pokryta była wyraźną siecią zmarszczek. Przede wszystkim jednak nowoprzybyła była dużo bardziej elegancka, zadbana i czysta, od kobiet, jakie z reguły widywał Szary.
-Stara, ale jara. - pomyślał stary wojownik o, na oko, piętnaście lat od niego młodszej damie.

Drugą z przybyłych, stary wojownik ocenił jako niczego sobie. Dosyć młoda niziołka o sympatycznej twarzy i włosach koloru słomy. Ubrana na modłę chrzacką, prosto, lecz schludnie. Również wyjątkowo domyta jak na standardy Zgaszonego Ogniacza.

Damulka z Wysokiej Dzielni przyszła szukać przygody w tym chlewie dla plebsu, ale przez rozum wzięła ze sobą przyzwoitkę - ocenił sytuację Szary.

- Szanowne panie pozwolą z nami na stronę. Umiemy chędożyć jak dżentel...dżentyl...ci tam..,no...meni - zagaił nowo przybyłe, nie siląc się nawet na jakiekolwiek wstępy, pokryty plamkami wątrobowymi starzec. (Prawdopodobnie niewiele, jeśli w ogóle, starszy od Szarego). Obok niego zaraz pojawił się jednouchy goblin.

Przestraszone kobiety skierowały się z powrotem w stronę drzwi, lecz zastąpili je im, uśmiechając się bez sympatii, appazi o wyjątkowo jasnej, jak na przedstawiciela swej rasy, niemal fioletowej skórze, oraz młody blondyn w koszuli z wymalowanym zieloną farbą napisem Ja <3 kobity, wude i paj.

Szary wstał, jednym chaustem dokończył piwo i zawołał serdecznym tonem do czterech mężczyzn:
- Żółte Kojoty?
- Nie twoja rzecz, przybłędo! - rzucił starzec.
- Spierdalaj - warknął appazi.
Goblin w milczeniu porwał pobliski stołek i wprawnym ruchem rozbił go sobie o głowę, zostawiając w swym ręku nogę mebla i patrząc złowróżbnie na Szarego.
- Skąd wiedziałeś? - zapytał po chwili namysłu, szczerze zaciekawiony blondyn.

Szary szybko, oburącz wyjął zza pasa dwa noże. Jeden przystawił do gardła staremu, drugi appaziemu.

- Nie muszę często bywać w tym mieście, by wiedzieć, że ze wszystkich gangów Labiryntu, tylko wy jesteście na tyle durni, by przychodzić na walkę na noże z jebaną nogą od stołka. Wypad stąd. Już.

Goblin natychmiast rzucił na ziemię swą prowizoryczną broń i wybiegł przez drzwi. Za nim powoli poczłapali starzec i appazi.

- Pilnuj swoich pleców, dziadu! - mruknął na odchodne fioletowoskóry.

Blondyn przez kilka chwil stał rozdziawiony, po czym pobiegł za kompanami.

- Dziękuję. Jest pan nad wyraz odważny. Moja wdzięczność nie zna granic. - zwróciła się do Szarego dźwięcznym mezzosopranem wyższa z dam i obdarzyła go intensywnym spojrzeniem swoich pięknych, piwnych oczu. Stary wojownik znał takie spojrzenia. Wdzięczność była jedynie jedną z ich części składowych, bynajmniej nie dominującą. Niewiasta wyciągnęła w stronę Szarego dłoń. Ten ucałował ją niezwykle skwapliwie, odwzajemniając spojrzenie damy.

*

- Rad jestem bardzo waszej wdzięczności, pani, ale czy na pewno jesteśmy sami? To znaczy,no..oprócz szanownej niziołki...no... widziałem służbę, i to mi bynajmniej nie przeszkadza, ale... - zaplątał się Szary, w krótkiej przerwie pomiędzy wpijaniem się w wargi swojej nowej znajomej i byciem w pełni zaabsorbowanym jej urodą, nie budzącej już teraz, po wspólnym wysączeniu butelki znakomitego task-shamtckiego wina, żadnych zastrzeżeń starego wojownika. Leżeli na wielkim, eleganckim łożu w gustownej sypialni z balkonem równie gustownego domu w Dzielnicy Wysokiej. Na szafce nocnej, co bynajmniej nie umknęło przytomności Szarego, leżała niedbale rzucona przez gospodynię, sakwa pełna złota, na ścianie zaś wisiały dwa florety.

- Mojego męża nie ma w domu. Do późnego wieczora będzie na zebraniu Rady Magów. - przerwała piwnooka i dodała z pewną nutą dumy - To Tavrijas de Zazou, Pierwszy Podczaszy Gildii.
- Nalewa tym czarodziejom wino? - zapytał półprzytomnie Szary.
Dumna Podczaszyna spojrzała na niego ostro, ale nie dostrzegając w jego oczach szyderstwa, a jedynie niezrozumienie, zaraz złagodniała i wybuchnęła melodyjnym śmiechem:
- Nie, głuptasie. Odpowiada za zaopatrzenie gildii w trunki, jadło i wszelkie inne dobra. To bardzo szanowany, wysoki urzędnik. Nie jest członkiem rady, ale często zapraszają go na jej posiedzenia z głosem doradczym.

Szary nie zrozumiał wszystkiego z wypowiedzi piwnookiej, ale i tak stracił nieco rezon. Pojął tyle, że zadaje się z żoną grubej ryby. Przeważnie umiał radzić sobie z zazdrosnymi mężami, ale do tej pory jego najbardziej niebezpieczną, pod tym względem, zdobyczą miłosną była żona mistrza cechu foluszników z Tharvoth. Kolejny pocałunek podczaszyny wyrwał jednak starego wojownika z tych niewesołych rozważań. Nim jednak w pełni się odprężył, usłyszał niziołkę nienaturalnie głośnym i drżącym głosem pytającą kogoś za drzwiami:

- Pan Podczaszy dzisiaj tak wcześnie w domu?
- Tak, tak, droga Agrestynko. Pan de Blur, biedaczek, źle się poczuł, więc pan Racardo przełożył sesję na dzień jutrzejszy. - odpowiedział potężny, dźwięczny baryton i zakrzyknął:
- Eudoksjo, kochanie! Wróciłem!

Szary i Piwnooka wymienili przerażone spojrzenia. Nagle gospodyni wpiła się paznokciami w skórę starego wojownika i przeraźliwie krzyknęła:
-Tavrijasie! Ratuj! Ten zbir chce mnie zhańbić!

Szary podczas ostatnich czterdziestu lat swojego życia nieraz przerabiał takie sytuacje. Lekko odepchnął od siebie gospodynię, zerwał się z łoża, prawą ręką wziął zostawioną pod ścianą szablę, lewą porwał ze stołu sakwę i ruszył w stronę balkonu. Nim tam dobiegł, w drzwiach stanął właściciel potężnego barytonu. Okazał się drobnym, zasuszonym staruszkiem, około osiemdziesiątki. Nie można mu było jednak odmówić odwagi ani energii. Błyskawicznie porwał ze ściany jeden z floretów i ryknął:

- Ty wszeteczny kundlu! Usiekę cię jak psa!

Po czym żwawo ruszył na dwa razy od siebie większego, młodszego mężczyznę.

Szary zerknął na Eudoksję. Mógłby przysiąc, że ta patrzy na niego błagalnie. Uśmiechnął się smutno do niej, następnie do Tavrijasa, po czym ruszył na balkon i skoczył.

*

Po kilku chwilach, Szary, dosyć obolały i obszarpany, wyczołgał się z pięknie przyciętych krzewów pigwy w ogrodzie państwa de Zazou. Schował szablę do pochwy, zręcznym ruchem przeskoczył elegancki płot z bukowego drewna i popędził w długą, następnie skręcił raz, drugi i trzeci.
-Będziesz wisieć, łajzo! Już moja w tym głowa! - gonił go przez kilka minut potężny głos Tavrijasa. Z czasem jednak zanikł.

Szary cały czas biegnąc, roześmiał się w głos.
-Znów mi się udało - pomyślał zadowolony - Szkoda tylko, że podczaszy wrócił tak wcześnie. No nic, przynajmniej jestem parę nimnarów do przodu.
Nagle zderzył się z kimś, biegnącym prostopadłą alejką. Co gorsza, upuścił sakiewkę.

- Patrz jak leziesz, łazęgo! - warknął, odwracając się. Ujrzał piękne oblicze, chwilowo nieprzytomnej, młodej meharyjskiej kobiety. Od razu zmienił swój sposób patrzenia na zastaną sytuację.

- Najmocniej przepraszam. - powiedział łagodnie, delikatnie klepiąc dziewczynę po twarzy. - Wszystko w porządku?

Ocknęła się.

Bubeusz
Posty: 1444
Rejestracja: 2021-06-13
Karta postaci:
Ahn'thybana
Meharyjka ujrzała posępne oblicze lekko obszarpanego, siwego wojownika i przeraziła się.
- Ja... to ja przepraszam... śpieszę się - zaczęła się tłumaczyć lekko nieobecnym głosem, jednocześnie na kolanach szukając Kur-kurorum. Miała nadzieję, że zdąży zniknąć, zanim dziadowi do głowy przyjdą jakiekolwiek głupie myśli.
Mimo dość zakrapianego wieczoru, to jednak Szary okazał się być bardziej przytomny na umyśle. Schylił się i podniósł artefakt.
- Czy tego panna szuka? - zapytał, kręcąc fiolką w zgrubiałych palcach.

Ahn'thybana zrozumiała, że jest w trudnej sytuacji. Obejrzała się tu i tam jak spłoszony pies. Kątem oka dostrzegła jednak sakiewkę z Nimnarami. Sięgnęła po nią.
- Po prostu się wymieńmy i już mnie nie ma - rzuciła, wyciągając ku niemu fanta.
- Ależ droga pani, uważa mnie pani za złodzieja? - Odparł obruszony Szary Pies, oddając jej artefakt i biorąc swoje pieniądze. - Wydaje się pani bardzo znerwicowana. Nie potrzeba czasem pomocy?

Kobieta stanęła w pół kroku, niepewna. Nie wiedziała. Była tak zagubiona! A on wydawał się całkiem taktowny...
- Ja... się naprawdę śpieszę - zająknęła się, próbując go wyminąć.
Szary zaczynał kumać, o co się tu rozchodzi.
- Goni ktoś panią? - zapytał.

I wtedy w uliczce pojawił się cień. Postać spowita czarnym płaszczem, sunąca powoli tak, jakby unosiła się nad ziemią. Wyciągnęła rękę w ich stronę, a Ahn'thybanę momentalnie zdjął przeraźliwy strach.
- Właściwie to... - zapłakała, wczepiając się rozpaczliwie w plecy Szarego. - ...tak, bardzo potrzebuję pomocy!

Awatar użytkownika
Szary Pies
Posty: 103
Rejestracja: 2022-09-13
Karta postaci:
Szary Pies
Tajemnicza postać w czarnym płaszczu sunęła powoli, lecz nieubłaganie w stronę meharyjki i starego wojownika. Wysoka, smukła o niewidocznej twarzy. Nie sposób było rozpoznać jej płci i rasy.
- O co ci chodzi, kolego? - zagaił Szary, siląc się na beztroski, obojętny ton niezobowiązującej, uprzejmej pogawędki.
"Kolega" nic nie odpowiedział, tylko przyspieszył kroku, zaś w jego dłoni zalśniło długie, żółto-zielone ostrze. Staremu najemnikowi zupełnie przestała się podobać zastana sytuacja. Już miał rzucić się do ucieczki i zniknąć w najbliższej ciemnej alejce, lecz napotkał błagalne spojrzenie Anty.
- Nie wóda, zielsko i paj, nie wilki i niedźwiedzie, nawet nie pieprzone, zmutowane wiwerny, ale te cholerne baby będą moją zgubą - pomyślał wyjątkowo sentencjonalnie jak na siebie Szary. Uśmiechnął się uspokajająco, trochę do meharyjki, trochę do siebie samego.
- Spokojnie, maleńka. Zjadam takich na śniadanie - wyszczerzył się, jak uważał, krzepiąco do kobiety. Następnie wyciągnął szablę i ruszył w stronę na nieznajomego.

Ten już zamierzał się do pierwszego ciosu. Szary z niemałym trudem odparował uderzenie i z całą mocą natarł na przeciwnika. Tajemnicza postać jakby rozpłynęła się w powietrzu, zaś stary wojownik bezwładnie poleciał na bruk wprost pod nogi trzech postawnych młodzieńców w zielonych płaszczach z wyszytymi nań białymi kukułkami.
- E, to musi być ten stary gołodupiec, który próbował puknąć jaśnie panią - wykrzyknął jeden z nich - Bierzemy go, chłopcy.
Nim zdołał przejść od słów do czynów, zobaczył postać w czarnym płaszczu.
- A ty kto? - zapytał niepewnie.

Szary postanowił nie czekać na rozwój sytuacji. Szybko wstał i rzucił się do ucieczki. Nagle wyskoczył na niego czwarty mężczyzna w zieleni. Dużo drobniejszy od pozostałych, kędzierzawy brunet.
- Usiecz go, Gawrych! Ino żwawo! - rozległ się potężny głos Tavrijasa de Zazou.
Brunet zamachnął się szpadą, lecz Szary był szybszy. Z ponurą determinacją uciął przeciwnikowi głowę. Na twarz starego najemnika obficie chlusnęła krew.
- Morderco! Gdybyś miał choć odrobinę przyzwoitości, poniósłbyś zasłużoną karę! - ryknął, wybiegając z bocznej alejki, podczaszy, plonący gniewem niczym lilit w pełnicową noc swym nieoczywistym światłem.
- Proszę nie dać się zbałamucić temu bezwstydnemu łajdakowi, panienko. To wszetecznik, zabójca i złodziej. I pijak, bo każdy pijak to złodziej! - wrzeszczał dalej, dostrzegłszy Antę, staruszek.
Ta jednak nie zwracała na niego uwagi. W niemym przerażeniu, oglądała to co postać w czarnym płaszczu zrobiła z towarzyszami Gawrycha i Tavrijasa. Podczaszy i wojownik nie dostrzegli jednak jeszcze tego straszliwego widoku.

-Wystarczy już śmierci z powodu tej durnej sprawy. - pomyślał Szary, ze smutkiem patrząc na zwłoki bruneta. Schował szablę.
- Jaśnie panie podczaszy - zwrócił się do Tavrijasa - Jest mi bardzo przykro z powodu całego tego nieporozumienia i jego tragicznych konwes..konsek...no...skutków. Proszę przyjąć te monety i... - zobaczył walającą się na bruku opasłą, starą księgę - i ten bezcenny wolu...eee...tom w ramach moich przeprosin - wydyszał, podnosząc księgę.

Przez długie lata życia w niemal ciągłym konflikcie z prawem i dobrymi obyczajami, Szary Pies, wymyślił wiele wymówek. Niektóre były równie idiotyczne. I działały. Tavrijas de Zazou nie był jednak łatwy w negocjacjach.
- Ty cyniczny kundlu!! Będziesz mi tu frymarczył czcią mojej żony i życiem mego sługi!? Próbował mnie kupić za moje własne nimnary!? Ubiję!! Ubiję, jak Lyanne kocham!! - wysapał podczaszy i, z floretem w ręku, rzucił się na Szarego. Ten, niewiele myśląc, zdzielił staruszka grubym tomem w głowę. Tavrijas upadł bez przytomności na ziemię, upuszczając broń.

Stary wojownik, wziął księgę pod pachę i podszedł do Anty. Następnie odruchowo spojrzał w kierunku na który patrzyła kobieta. Zamarł. Od czasu, jak ostatnio przesadził z pajem, nie oglądał równie makabrycznej sceny. Szarpnął kobietę za rękę.
- Spieprzamy stąd. Już! - rzucił.

Popędzili w najbliższą alejkę. Szary spostrzegł zabite pojedynczą deską wejście do piwnicy. Jednym ruchem wyrwał drewno. Weszli do pomieszczenia. Izba było rozświetlona licznymi lampkami chiuskiego wyrobu. Stary wojownik był na tyle zmęczony i roztrzęsiony, że nie uznał tego, za zastanawiające czy podejrzane. Wytarł twarz z potu i krwi o rozpostartą na ścianie baranią skórę i przysiadł na drewnianej skrzyni, położonej na środku pomieszczenia. Przyjrzał się dokładniej księdze.
- Spi...ry...tu...alia - odczytał z trudem.
- Zajmuje się panna bimbrownictwem? - zwrócił się, bez większych nadziei, do meharyjki.

Bubeusz
Posty: 1444
Rejestracja: 2021-06-13
Karta postaci:
Ahn'thybana
Dziewczyna zignorowała jego pytanie. Głównie dlatego, że była w szoku. To, co zobaczyła, sprawiło, że jej dotychczasowy pogląd na życie i świat wymagał aktualizacji. I to szybko.
- Zabiłeś go... - wyszeptała, nie mogąc wyrzucić z głowy obrazu odcinanej głowy niewinnego człowieka.
Szary spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.
- Widziała panienka, jaka była sytuacja - wzruszył ramionami. - Nie byli zbyt skorzy do niego.. niecoc... negocjacyj.

Ahn'thybana zamrugała, nie wiedząc, co przeraża ją bardziej. Umorusana krwią twarz tego człowieka, skąpana w głębokich cieniach, której oczy odbijały tlące się światła lamp, czy sytuacja, w jakiej właśnie się znaleźli.

Czy i ją uznają za renegatkę? Degeneratkę? Tyle pracowała na swoją szlachetną reputację w mieście... Paradoksalnie miała nadzieję, że jednak oficjalną wersją zostanie ta, w której ten człowiek ją porywa w wiadomych celach. Rozejrzała się i przełknęła ślinę.

Gorzej, jeśli ta wersja stanie się także rzeczywistością.

- Jesteś... mordercą i wichrzycielem - odsunęła się o kilka kroków od mężczyzny. Ten zamrugał, udając zniesmaczenie.
- W taki sposób się w waszym kraju dziękuje za uratowanie tyłka? - mruknął. Bardzo ponętnego tyłka, swoją drogą.

Czarodziejka przypomniała sobie czarną postać. Sunącą ku nim niczym śmierć, a potem masakrującą ludzi Tavrijasa za pomocą zielono żółtego ostrza. Wyglądało na to, że przypadek znów zadziałał na jej korzyść, choć nie obyło się to kosztem ludzkich żyć.
Poczuła, jak ciężki cień poczucia winy kładzie się jej na sercu. Czy to z jej winy zginęli? Spojrzała na artefakt, jaki wciąż trzymała w dłoni. Czy był przeklęty?

- Nie tak sobie to wyobrażałam, ale... dobrze, dziękuję ci - rzekła w końcu, zwiesiwszy głowę. Podniosła oczy na Szarego. W obecnej sytuacji głupotą byłoby robić sobie z niego wroga, choć miała ochotę uciec od niego przy pierwszej możliwej okazji. - Jak ciebie zwą?

- I... gdzie jesteśmy? - rozejrzała się po piwnicy. Snopy ostrego światła, jakie wpadały doń przez szpary między deskami rozpraszały się w kurzu, wirującym maleńkimi drobinkami w pomieszczeniu. To wirowanie było... podejrzanie regularne. Lampki rzucały migotliwe światło w symetrycznym kręgu dookoła skrzyni i wyglądało na to, że komnata ta została urządzona w jakimś bardzo konkretnym porządku. A konkretny porządek oznaczał jedno - eter. Magia. Ancia zanurzyła się w drugą uwagę. Jej oczy wywróciły się lekko, a ona zaczęła widzieć krążące wokół strumienie eteru.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy była aura nieznajomego. Przeważał w niej ogień, ale miał też wiele powietrza i ziemi. Eter krążył szybko, dość płynnie jak na tak starego człowieka. Widziała kilka twardszych splotów i zaburzeń, niektóre przy czaszce, inne w okolicach dolnych żeber, ale nie mogła wiele o nich powiedzieć. Takie zbitki w aurze mogły być spowodowane czymkolwiek, zwłaszcza w jego wieku. Dawne rany, choroby, urazy psychiczne, a może traumy..? Nie miała pojęcia.

Oderwawszy uwagę od aury człowieka, omiotła nią pomieszczenie. Skrzynia, na której siedział, emanowała zblokowanym potencjałem. Lampy napędzały krążący wokół niej eter, który stanowił pewnego rodzaju łańcuch. Nie znała się na magii relacji, jednak wiązania mówiły jej wyraźnie, że skrzynia jest w centrum tej eterycznej sieci, i jest przez nią w jakiś sposób... pieczętowana.

Cokolwiek znajdowało się w środku, ktoś musiał mieć powody, by blokować tego energię. Lepiej niczego tu nie ruszać, żeby nie zaburzyć tej blokady. Może to jakaś klątwa albo pułapka?

Wyszła z drugiej uwagi, a jej oczy wróciły do normy. W samą porę, aby zorientować się, że nie usłyszała, jak mężczyzna się przedstawiał.

Awatar użytkownika
Szary Pies
Posty: 103
Rejestracja: 2022-09-13
Karta postaci:
Szary Pies
- Zwą mnie Szarym Psem. Doświadczony wojownik i tropiciel do wynajęcia za rozsądną cenę. Do usług szanownej Pani. - przedstawił się stary włóczęga, starając się by w tej autoprezentacji wybrzmiał zarówno profesjonalizm, jak i wyważona duma. Kto wie? Może Meharyjka przestanie się na niego dąsać za jego chamskie metody i odwdzięczy się w ten czy inny sposób.

Pogrążenie się w tego rodzaju pobożnych życzeniach skutecznie uniemożliwił Szaremu rzut oka na twarz dziewczyny. Ledwo stała na nogach, a oczy miała tak wywrócone, że niemal nie było widać źrenic.
Nawet trzydzieści lat temu, jak miałem wszystkie zęby nie robiłem takiego wrażenia na panienkach. - pomyślał Szary.
- Wszystko w porządku? - zapytał delikatnie.
- Tak. Tak. - odpowiedziała niepewnie Anta, w międzyczasie wynurzywszy się z drugiej uwagi. Zaraz zawołała, już dużo bardziej stanowczym głosem:
- Nie ruszaj się! To jakaś pułapka!
-Kompletnie się biedaczce we łbie pomieszało z tych nerw. - pomyślał ze współczuciem Szary. Powoli, z łagodnym uśmiechem, wstał. Już szukał słów, by jakoś uspokoić i dodać otuchy roztrzęsionej kobiecie, gdy wtem z podłogi wynurzyły się niezliczone metalowe łańcuchy, w mgnieniu oka obalając i skuwając starego wojownika. Szary wypuścił księgę z rąk. Dalej sprawy potoczyły się już szybko.

*
Oświetlone oszczędnie światłem lampy wewnętrzne drzwi po przeciwległej stronie izby otworzyły się. Stanął w niej muskularny ork w kolczudze. W rękach dzierżył gotową do strzału kuszę. Wycelował w wijącego się na podłodze starego wojownika, a następnie w meharyjkę.
- Śledzie wędzą się już w eterze, kolego kuchmistrzu! - powiedział donośnie, lecz powoli i z wysiłkiem, jakby przypominając sobie każde słowo.
Chwilę później do izby weszły kolejne cztery osoby: dwie kobiety; ubrana na modłę eldriońską kruczowłosa, piękna półelfka oraz przyodziana w prostą roboczą sukienkę hyuska o futrze w trzech kolorach: czarnym, rudym i białym, oraz dwóch mężczyzn, ludzi: drobny starzec o siwo błękitnych, elegancko zaczesanych włosach i takiegoż koloru sumiastych wąsach oraz wysoki, postawny, na oko dobiegający trzydziestki brunet, z gustownie przystrzyżoną, krótką bródką. Młodszy z mężczyzn energicznym, sprężystym krokiem zabrał księgę z podłogi. Szary na jego widok przestał się szamotać. Zamarł z przerażenia rozpoznając swojego starego znajomego. Jednego z tych, których miał nadzieję już nigdy w życiu nie oglądać. Widząc gwałtowną reakcję starego wojownika, brunet popatrzył na niego z uprzejmym zainteresowaniem. Po chwili w jego oczach pojawiło się olśnienie. Wybuchnął głośnym, serdecznym śmiechem, błyskając bielą i złotem swoich zębów. Familiarnie poklepał Szarego po twarzy.
- Marvinie! Stary przyjacielu! - zawołał - Cóż za miła niespodzianka, że jeszcze nie rozerwały cię cztery konie. Jest mi niezmiernie miło, że znów będziesz miał zaszczyt przysłużyć się mojej sprawie.
Szary nie miał siły na żadną konstruktywną odpowiedź, więc po prostu uraczył bruneta wiązanką mało wyszukanych inwektyw. Ten tylko roześmiał mu się w twarz i odwrócił się w stronę Anty.
- Pani - rzekł uroczyście do meharyjki, patrząc jej głęboko w oczy - uświetniasz swą nieskazitelną urodą tę jakże brzemienną w skutki noc.
Następnie z niespodziewaną prędkością i siłą wyrwał jej z ręki fiolkę z kur-kurorum, obdarzając ją promiennym biało-złotym uśmiechem. Następnie, z równie pogodnym wyrazem twarzy, podał obydwa przedmioty hyusce.
- Autentyczne - rzuciła krótko kocia kobieta
- Niesamowite. Sukces! - rzekł z przejęciem błękitnowłosy - Szczerze mówiąc, ani przez chwilę nie przypuszczałem, łaskawe panie, że wasz szalony plan się powiedzie.
Półelfka roześmiała się perliście, zaś hyuska mruknęła:
- Wy, mężczyźni jesteście jednakowi, Xymarfie. Zwłaszcza ci z was, co robią w ogniu. Wszystko musicie mieć pod pełną kontrolą. Inaczej dla was dupa nie plan. Helvosa też ledwo przekonałyśmy. Jest taki sam jak ty. Albo i jeszcze gorszy.
- A ty czego tak sterczysz?! - zwróciła się do orka, cały czas mierzącego do Anty z kuszy - Myślisz, że sami sobie z nimi nie poradzimy? Wracaj pilnować bramy!
- Ale najpierw, kochany chłopcze, bądź tak dobry i przynieś nam butelczynę dobrego wina. Najlepiej task-shamtckiego. - rzekł do orka z uśmiechem brunet. "Kochany chłopiec" obdarzył go ciężkim, nieprzychylnym spojrzeniem i zerknął na hyuskę.
- No, rób co mówi - zakomenderowała bez przesadnego entuzjazmu kocia niewiasta.

Ork żwawo ruszył do wyjścia z piwnicznej izby. W drzwiach minął się z biegnącym, zadyszanym młodym elfem w czarnym stroju. Ten wpadł do izby, przyklęknął przed Eldrionką i rzekł:
- Pani, adwersarz puka już do naszych bram.
NIebieskowłosy i hyuska wymienili przerażone spojrzenia.
- Już nas wytropił? - niemal zawołał Xymarf - Yoshimi-Xe, myślałem, że ci twoi wywiadowcy są skuteczniejsi.
- A ja myślałam, że z nas wszystkich tylko Vasco jest na tyle nieroztropny by nie doceniać potęgi i prędkości działania naszych przeciwników. - odpowiedziała spokojnie półelfka - Bez urazy, misiu. - dodała, obdarzając bruneta słodkim uśmiechem, który ten serdecznie odwzajemnił.
- Lepiej od razu chodźmy na górę. Na pewno wspólnym wysiłkiem zdołamy zmienić tor biegu znajomego naszych drogich gości - dodała, znów zwracając się do Xymarfa.
- Dziękuję ci, Shangrilasie - powiedziała jeszcze do elfa, całując go w policzek - Jak zwykle spisałeś się bez zarzutu. Chodź z nami. Twoje oczy będą bezcenne.
Pewnym krokiem wyszła z komnaty. Za nią skwapliwie ruszył elf, wpatrując się w Eldrionkę z uwielbieniem. Za nimi, z wyraźnie mniejszym entuzjazmem, podążył Xymarf.
Ledwie wyszli, do piwnicy wrócił ork kusznik, niosąc na srebrnej tacy butelkę czerwonego wina i kilka ozdobnych kieliszków. Hyuska zastukała palcami w ścianę i nagle, z podłogi wysunął się mały stolik i dwa krzesła. Ork, bez cienia zaskoczenia, położył tacę na stoliku, spojrzał spode łba na Antę, Szarego i bruneta, skłonił się uprzejmie przed hyuską i szybkim krokiem ruszył do wyjścia z piwnicy. Kocia kobieta ruszyła za nim.
- Ależ kochana Prozerpino - uprzejmie zagaił hyuskę Vasco. - Nie zaszczycisz nas swoją obecnością?
- A bo to mało mam roboty? - odrzekła niewiasta - Z resztą ktoś musi informować na bieżąco Helvosa.
Wychodząc, kocia kobieta odwróciła się jeszcze do Anty i spojrzała na nią ze współczuciem.
- Wpakowałaś się w konkretne gówno, kochaniutka. - mruknęła, po czym zniknęła w drzwiach, zamykając je za sobą.

Bubeusz
Posty: 1444
Rejestracja: 2021-06-13
Karta postaci:
Ahn'thybana
To wszystko stało się tak nagle. Zbyt nagle dla lubiącej porządek i przewidywalność Ahn'thybany.
- Jak... jak to? - zdołała jedynie wyszeptać, w czasie jak Vasco rozlewał trunek do kieliszków.

Obdarzył ją promiennym uśmiechem.
- Przysłużyłaś się naszej sprawie więcej niż bardzo, kochaniutka - odrzekł. I wtedy poczuła, jak mgła powoli opada z jej mózgu, a zmysły na powrót stają się ostre.
I wtedy zrozumiała. Jak mogła się dać tak podpuścić? Ona, meharyjka z urodzenia, dla której umysł jest świętą przestrzenią?
- Ty... Ścierwie - wyrzuciła z siebie, zaciskając pięści jak mała dziewczynka.
- Oh, byłbym zuchwałym kłamcą twierdząc, że to moja zasługa - obruszył się Vasco. - Za całą magię tego dnia odpowiada nasza droga Prozerpina. To ona podłączyła to zaklęcie do kur-kurum. I to na odległość! A potem trafiliście tu dosłownie jak ciągnięci sznurkiem.
- Kur-kurorum - odruchowo poprawiła go Anta.
- Kur-cośtam, przecież mówię. To chyba dobry czas, żeby rozluźnić nasze języki łykiem tegoż oto słodko wytrawnego trunku... z bogatych wzgórz Irh'tarn, co państwo sądzą? - zapytał, przypatrując się etykiecie wina.

- Nie pijam alkoholu - odrzekła dziewczyna zimno. Wyglądało na to, że Vasco średnio znał kulturę Mehari. Tak czy tak, nie spodziewała się po nim tej znajomości.
- A ja pijam. Ale nie w łańcuchach - odparł Pies, leżąc dalej na skrzyni.
- Wybacz, przyjacielu, ale z przyczyn wiadomych nie mogę cię uwolnić. Jeszcze. Do czasu, aż uzgodnimy naszą gentlemańską umowę.

- Mów, kim jesteście i czego od nas chcecie? - zażądała nagle Anta, zrywając się z miejsca i wycelowując oskarżycielski palec w Vasco. Wyszło jej to bardzo teatralnie... ale miała w tym swój cel.

Drugą dłonią, niespostrzeżenie chwyciła za łańcuch wiążący Szarego Psa. Mężczyzna poczuł, jak w tym miejscu robi mu się chłodno. Bardzo chłodno. A kiedy odjęła rękę, kilka ogniw łańcucha pokrywał szron. Były zmrożone na kawał lodu.

- Szanowna pani, jesteśmy grupą zwaną Żółtymi Kojotami, na pewno o nas słyszałaś, czyż nie? - odparł Vasco, racząc się winem. - Mmm, wyborne. Idealne do świętowania dzisiejszego sukcesu.

- A czego chcemy? - dodał, kiedy znów wrócił uwagą do Ahn'thybany. Ta zdążyła w międzyczasie zmrozić kolejne miejsce łańcucha. - Ano, jak się zapewne domyślasz, chcieliśmy Kur-cośtam. Z powodów, jakich nie mogę niestety zdradzić, mogę jedynie powiedzieć, że zyskawszy dwóch dodatkowych jeńców, nasza misja okaże się jeszcze prostsza. I bezpieczniejsza. W sensie, dla nas bezpieczniejsza. A dla was... hm... cóż. Jak by to ująć? Niezapomniana?

- Nie jesteśmy waszymi jeńcami - wycedziła zimno kobieta. - I nie tak się z nami rozmawia.... Teraz! - krzyknęła nagle, wyrzucając jednocześnie rękę w górę.
Wino w kieliszku Vasco poderwało się, ochlapując jego twarz i piekąc go alkoholem w oczy.
Szary Pies poderwał się ze skrzyni, z dziwnym, krystalicznym brzękiem rozrywając wiążące go łańcuchy.

Mieli tylko jedną szansę.
Nie mogli jej zmarnować.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości